FANDOM


Od ♪Kefir von Merlin ♪ - alias Ninka Dziennik jest własnością Bastiena

21 sierpnia 2014

3 w nocy, a ja dalej nie śpię, mimo że łyknąłem już z 15 tabletek nasennych. Lekarze nawet nie wiedzą, że je mam. Za trzy godziny obudzi mnie pielęgniarka swoim sztucznie miłym głosem. Jak ja jej nie cierpię.

Za 5 minut szósta i już słyszę zbliżające się kroki Pani Pielęgniarki. Otworzyły się drzwi. Niemalże siłą wepchnęła mi do gardła garść pigułek. Sprawdziła czy połknąłem i wyszła mówiąc, że za pół godziny śniadanie. Głupia. Nigdy nie sprawdza czy nie schowałem tabletek pod językiem. Wyplułem je na ziemie i zgniotłem butem w drobny pył. I tak tego nie sprawdzą.

Zszedłem na śniadanie i od razu odechciało mi się jeść. Pani kuchareczka jak co dzień podała kleistą papkę w którą uprzednio solidnie napluła. Od razu wyrzuciłem tace do śmieci i usiadłem gdzieś w kącie obserwując pozostałych.

Przede mną usiadł jakiś chłopak. Nowy. Jeszcze nie zna tutejszych zasad, ale nie długo je pozna. Mówił coś, lecz słowa sklejały się w straszny bełkot, którego nie umiałem rozszyfrować. Wstałem. On również. Widać, że szukał kłopotów. No i je znalazł.

Dobija dziesiąta, a ja już siedzę w izolatce. W normalnej szkole nazywane to jest "kozą". O dziwo, nie ubrali mnie w kaftanik. Może dlatego, że nie zdołali...

Nareszcie dobija dwunasta. Godzina iluzji. Wróciłem do pokoju. Jednak gdy tylko się położyłem, ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem z niechęcią. W drzwiach stał "lewa ręka" tutejszego "szefa". Wiedziałem po co przyszedł. Jako "prawa ręka szefa" powinienem bardziej trzymać się zasad.

Złapał mnie za kołnierz szarego stroju więziennego. Nie protestowałem. Zaciągnął mnie do pokoju "szefa" a ten jak to miał w zwyczaju palnął mi kazanie. Na zakończenie tego monologu walnął mnie w twarz. Chyba zapomniał, że nic nie czuje.

Wróciłem do pokoju najkrótszą drogą i nareszcie mogłem się położyć. Przez godzinę leżałem patrząc w sufit. Wstałem i wyszedłem. Błądziłem po korytarzach bez szczególnego celu. Nie wiem jakim sposobem znalazłem się w czytelni. Nie jestem pewien, ile czasu tam spędziłem, ale gdy wychodziłem było tuż przed obiadem.

Szybkim krokiem szedłem do jadalni czując niesamowity zębach pieczeni. Kucharka uśmiechneła się, co nie leżało jej w zwyczaju. Kilkukrotnie powąchałem danie zanim odwarzyłem się spróbować. Mięso było gumowate. Można by było sądzić że szczurze. To w sumie i tak lepsze niż nic.

Piętnasta... Pigułka znowu chodziła z lekami. Tym razem na moje nieszczęście sprawdziła pod językiem. Gdy wyszła poszedłem do łazienki. Zwymiotowałem leki i resztki tego, co miałem w żołądku. Znowu pukanie...

Szósta po południu jest moją ulubioną godziną. Bo wtedy nareszcie mam spokój. Szkoda tylko, że nie święty.

Kolacja podawana jest zazwyczaj równo o dziewiętnasta. Dzisiaj jednak się spóźniła. Nawet na nią nie spojrzałem. Ukryłem się w. Najciemniejszym korytarzu z zapalniczką i paczką fajek. Nie przewidziałem jednak tego, że włączy się alarm. Znowu czeka mnie kara.

Dali mi leki i zamknęli w pokoju. Zrobiło mi się dziwnie błogo. Nie zdążyłem dojść do łóżka, gdy padłem nieprzytomny na podłogę. Ocknąłem się koło północy zlany zimnym potem. Kolejny koszmar. I już wiem że nie zasnę do rana.

23 sierpnia 2014

Jest godzina dwunasta, a ja gapie się bezsensu w lustro. I co widzę? Śmiecia. Szarego bezwartościowego śmiecia. Robaka którego nieważne ile razy byś zdeptał i tak przeżyje. Patrze na zegar wiszący nad drzwiami. Godziny mijają strasznie wolno.

Za kwadrans miał być obiad, a lekarze wzięli mnie na badania kontrolne. Po pobraniu krwi, sprawdzeniu wagi i innych mało ważnych badaniach wypuszczono mnie i kazano zejść na obiad. Stołówka była prawie pusta. W rogu siedział tylko "szef". Skinął ręką, żebym usiadł koło niego. Niechętnie to zrobiłem. Mówił coś do mnie, jednak nie słuchałem. Moją uwagę przykuł scyzoryk schowany w jego kieszeni. Chyba zauważył moje spojrzenie, bo parsknął śmiechem. Potem już nic nie mówił. Zjadł stek przypominający podeszwę od buta i odszedł. Jadłem dość wolno, jednak nie dane było mi dokończyć. Kuchareczka wygoniła mnie i prawie cały stek wylądował w koszu.

Wróciłem do pokoju i zobaczyłem karteczkę na biurku. No tak. Dzisiaj czeka mnie kolejna sesja u pani psycholog. Ciekawe jaki kolor żakietu będzie dziś miała..

Leżę na kozetce czekając na panią psycholog. Nie wiem w ogóle po co ta kozetka. 

Słysze już kroki pani psycholog i jej rozmowę z jednym z lekarzy. Wynikało by z niej że mają zacząć powodować mi jakieś nowe leki.  Po półtora godzinnej sesji od razy zeszłem na kolacje. O dziwo, pani kucharka nie spaliła jajecznicy Jednak czuć było od niej dziwną woń, więc jej nie ruszyłem, a w brzuchu cały czas mi burczało.

Wracając do pokoju minęła mnie lalka. Jak zwykle przymilnie się do mnie uśmiechnęła. Nie cierpię tego uśmiechu.

Po powrocie do pokoju wziąłem śrubokręt i odkręciłem śruby od pokrywy wentylacji. Z lekkim trudem wcisnąłem się tam. Mogłem uciec, ale i tak by mnie znależli. Więc kierowany wyłącznie węchem dotarłem do spiżarni. Wziąłem trochę jedzenia i wrzuciłem do szybu. Niestety zanim zdążyłem wdrapać się do wentylacji, do pomieszczenia weszła kuchareczka w piżamie trzymając żelazną chochlę w ręce.  

Nie, ona nie wezwie ani lekarzy ani strażników. Sama się ze mną rozprawi...

26 sierpnia 2014

Leże w części szpitalnej z lekkim wstrząsem mózgu, rozcientą wargą i kilkunastoma opuchniętymi siniakami, które przez następny tydzień będą miały wszystkie kolory tęczy.Za parę minut pierwsza. Właśnie o tej godzinie ma przyjść pielęgniarka. Ale nie ta głupia, co nigdy dokładnie nie sprawdza czy wziąłem leki. Inna.

Wampirzyca, z którą mam niepisemną umowę. Ja daje jej krew, a ona to, czego akurat potrzebuje. W sumie oboje nie mamy wyboru. Gdybym nie zgodził się na umowę, utracił bym więcej krwi w jeden dzień niż przez 4 lata tej umowy. A jak sama mówiła "Tak słodkiej krwi nie można marnować."A ona bez mej krwi oszalałaby albo gorzej. Weszła do pomieszczenia, a jej oczy świeciły się w mroku. Miała ze sobą tackę z jedzeniem i pusty worek do transfuzji. Tackę postawiła na szafce obok łóżka a worek i igłę do oddawania krwi trzymała w ręku. Wyciągnąłem przed siebie rękę tak, by mogła pobrać krew. Wbiła mi igłe w żyłę. Krew spływała dziwnie wolno. A może tylko tak mi się wydawało?W pewnej chwili wampirzyca schyliła się i szepneła w ucho:

" Gdybyś był nieco starszy, lepiej bym się tobą zajęła."

Wolałbym nie rozumieć sensu tych słów. Po tym pocałowała mnie w policzek. Obróciłem głowę, by ukryć obrzydzenie.

Kilka minut później skończyła pobierać krew. Od razu na moich oczach wzięła kilka łyków, a parę kropel spłynęło jej po brodzie. Czy ona musi to robić przy mnie? Po chwili wzięła krew i wyszła. Zostałem sam. Około godziny 5 wróciła wampirzyca. Zabrała pustą tacę, zostawiła leki i wyszła. Schowałem leki nasenne do kieszeni i czekałem na przybycie tej głupiej pani pielęgniarki.

Na śniadaniu pani kuchareczka patrzyła na mnie z pode łba. Nie brałem więc nawet tacki i od razu usiadłem w kącie. Podszedł do mnie "lewa ręka szefa". Powiedział, że chce się widzieć ze mną w pokoju "lalki" -  jego dziewczyny po obiedzie.

Ciekawe, czemu akurat w jej pokoju...

O godzinie 9 pozwolono mi wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. Błąkałem się więc od kraty do kraty, od rogu do rogu, aż w końcu dwie godziny później kazano mi wrócić. Po godzinie zszedłem na obiad. Tym razem podała baraninie w sosie "grzybowym". Nie mając za bardzo wyboru wziąłem tackę i usiadłem obok "szefa". Jedliśmy w ciszy.Zjadaliśmy mniej więcej w tym samym czasie. Jednak po obiedzie "szef" skierował się do swojego pokoju a, mi kazał iść w umówione miejsce.

Otworzyłem niepewnie drzwi pokoju "lalki". Uśmiechnęła się słodko i poprosiła bym usiadł. Usiadłem jak najdalej od niej.

Patrzyła na mnie i zaczęła bełkotać coś o szefie i o mnie. I o miłości. Nic z tego nie rozumiałem, póki nie podeszła do mnie i nie usiadła mi na kolanach. Chciałem ją zepchnąć lecz w tym samym czasie wszedł " szef". Jednak jego reakcja była inna niż oczekiwałem. Uśmiechnął się po czym "lalka" padła przed nim na kolana próbując się wytłumaczyć zganiając wszystko na mnie. A ja po prostu wyszedłem.

Skierowałem się do pokoju i położyłem się. Jednak mój spokój nie trwał długo. Po parunastu minutach wszedł szef z karteczką w dłoni. Podziękował mi za to że dzięki mnie ma teraz powód by zerwać z "lalką" co od dłuższego czasu planował. A więc dlatego mieliśmy się spotkać u niej.

Potem dał mi nazwisko i zdjęcie osoby która ma zostać ukarana. Nie pytałem za co. Nigdy tego nie robię. Powiedział że jak zawsze mam wolną rękę. Więc czeka tą osobę zimna kąpiel.

Stałem przed chłopakiem którego miałem ukarać. Widziałem strach w jego oczach, ale nie protestował gdy kazałem mu iść za mną. Zaprowadziłem go do prawie pustego pomieszczenia, które kiedyś służyło jako chłodziarka. W pomieszczeniu były dwa przedmioty, nie licząc krzesła, wanna i lodówka. Wziąłem z lodówki worek z lodem i napełniłem wannę w 2/3 po czym wlałem do niej wodę.

Kazałem mu się rozebrać do bielizny i wejść. Zrobił to niechętnie. Przez pierwsze sekundy myślałem że wyskoczy z wanny z krzykiem, lecz później jakby się przyzwyczaił. Zapaliłem papierosa i patrzyłem jak drży z zimna a jego usta i palce stają się powoli sine. Po parunastu minutach wyciągnąłem go z wody, był ledwo przytomny. Dałem mu ręczniki i wyłączyłem chłodzenie w pomieszczeniu, po czym wyszedłem życząc mu "miłego wieczoru".

Potem za namową "szefa" poszedłem na siłownie. On wziął się za sztangi a ja położyłem się przy drabince i zacząłem robić brzuszki. 1...2...3...

364...365...366...

3598...3599... 3600 i tak minęła godzina.

Kolejną godzinę spędziłem na waleniu i kopaniu w worek treningowy, który teraz ma już parę nowych rys. Wróciłem zmęczony do pokoju. Nie chciało mi się czekać na kolację więc wziąłem leki i poszedłem spać.

29 sierpnia 2014

Obudziłem się koło drugiej z wrażeniem, że ktoś nade mną stoi. Nie myliłem się. Usłyszałem głos lalki: "Zapłacisz mi za to. Zniszczyłeś to na co pracowałem przez dwa lata." W ostatniej chwili przetoczyłem się na łóżku spadając z niego. Usłyszałem dźwięk rozdzieranego materacu. Na czworaka po omacku doczłapałem się do drzwi. Otworzyłem je. Włączył się alarm.

Siedziałem teraz w gabinecie dyrektora. Z tego co mi się wydaje lalkę zamknięto w izolatce. Usłyszałem głosy na korytarzu. Dziwne. Dyrektor rozmawiał z jakąś kobietą. Nie umiałem rozpoznać do kogo należał... Gdy wreszcie weszli do gabinetu, zobaczyłem, że dyrektor rozmawiał z czarnowłosa kobietą z obciętą głową. Przedstawiła się jako Głowenia Krewnicka.
Wyjaśnili mi, że chcą mnie przenieść do Straszyceum, szkoły której dyrektorką jest kobieta bez głowy. Dali mi jednak możliwość wyboru. Zgodziłem się. Przeniesienie do normalnej szkoły oznaczało by pewien rodzaj wolności. Ale zawsze musi być haczyk. Miałem co miesiąc meldować się u kuratora. Potem kazali mi iść spać. Wróciłem do pokoju i poszedłem spać Położyłem się i patrzyłem w sufit.

Jutro mam polecieć do USA. Do nowej szkoły. Do nowego życia. Chyba powinienem zacząć się szykować. Po pół godzinie miałem spakowane wszystkie rzeczy.

Teraz tylko muszę załatwić parę rzeczy.
Odkręciłem pokrywę od wentylacji. Wszedłem do niej i z lekkim trudem doczołgałem się do pokoju " szefa". Rozmawialiśmy chwile przez kratę w wentylacji.
Potem odwiedziłem jeszcze parę innych osób w tym wampirkę. Chciała bym po raz ostatni oddał krew. Podziękowałem i wróciłem do pokoju. Po paru godzinach przyszła pielęgniarka. Dała mi o polowe mniejszą dawkę leków, ale i tak ich nie wziąłem.

Nie zszedłem na śniadanie. Patrzyłem na plecak. Wydawało mi się jakbym o czymś zapomniał. Po godzinie rozmyślań mi się przypomniało. Album. Stary album oprawiony w czerwoną skórę. Jedna z niewielu pamiątek jakie zachowałem po rodzinie. Spakowałem go i wyjrzałem przez okno. Odsłonili rolety. Zasłaniali je jak tylko robiło się ciemno. Przez to rzadko miałem okazje patrzeć w gwiazdy a one są takie piękne...

Godziny mijały strasznie wolno. Nie miałem ochoty wychodzić z pokoju, więc zacząłem robić pompki. Potem przysiady i inne ćwiczenia. I tak mi minął czas do obiadu. Przyniosła mi go pielęgniarka. Był to gulasz który łudząco przypominał wymiociny. Nie tknąłem go. Więc z burczącym brzuchem czekałem na kolacje. Od nowego życia dzieliły mnie tylko godzinny....

Nie zamierzałem iść spać. Nie byłem nawet zmęczony. Jednak kilka godzin leżenia w bezruchu zrobiło swoje. Znalazłem się w objęciach Morfeusza...

2 września 2014

Siedzę na łóżku z nożem w ręku. Ostrze skierowałem prosto w serce. Kilka chwil niepewności po czym wbiłem nóż w klatkę piersiową.Obudziłem się leżąc na łóżku. A więc to był tylko sen. Tylko czemu bardziej przeraża mnie pierwszy dzień szkoły niż ten sen?

Za kilka godzin miałem rozpocząć 1 dzien szkoły. Czułem się dziwnie. Nie wiem czemu. Mieszkałem teraz w jednym z akademickich pokoi. Całkiem sam. Podobało mi się to, jednak to dziwne uczucie dalej nie mijało. Spojrzałem przez okno po chwili otworzyłem je i usiadłem na parapecie. Ależ ja dawno nie widziałem gwiazd.

Zadzwonił budzik a ja drzemałem oparty o framugę okna. Słońce powoli już wschodziło. Szybko ubrałem się i wyszedłem z pokoju. Na korytarzu spotkałem pewnego chłopaka. Przez chwilę myślałem że mam halucynacje. Wyglądał niczym anioł.

W ręku trzymał maskę. Ale nie byle jaką plastikową na halloween. Prawdziwą wenecką maskę. Przyglądałem się jej uważnie. Przyznam że w swoim nędznym życiu nie widziałem jeszcze nic piękniejszego. Wdałem się w krótką rozmowę z tym chłopakiem i dowiedziałem się że nazywa się Gabriel. Lekko speszony ostatnimi zdaniami w naszej konwersacji chciałem odejść jednak wpadłem na niego przewracając się. Odszedłem szybkim krokiem do stołówki słysząc za sobą jego chichot.

Na śniadanie zjadłem płatki owsiane i pół tosta. Do zajęć zostało mi 30 minut więc postanowiłem się przejść po szkole. Mimo że było dość wcześniej szkoła tętniła życiem. Wszędzie wokół były potwory najróżniejszej maści, śmiejące się, plotkujące czy marudzące że znowu zaczeła się harówka. To dziwne uczucie które towarzyszyło mi rano wzmogło się. Nie mogłem go powstrzymać ani opanować. Z każdym krokiem w głąb korytarza z wesołą gromadą potworów nasilało się. Czy... Czy to może być samotność...? Nie mam pojęcia i nie chce wiedzieć.

Po dwóch godzinach zajęć stolarskich napotkałem dziewczynę o imieniu Frankie. Gdy tylko się zbliżyła moja sierść i włosy się naelektryzowały. Powiem szczerze że ona i jej banda nie przypadły mi do gustu. Ale cóż moje zdanie się nie liczy...

Pod koniec przerwy spotkałem Gabriela. Przez chwilę patrzył się na mnie dziwnie po czym spytał czemu nie poszedłem do pielęgniarki. Z początku nie wiedziałem o co chodzi lecz potem okazało się że ktoś wbił mi trzy gwoździe w ramię. Nawet nie poczułem. Wyciągnąłem je niedbale za co zresztą zwócił mi uwagę, a potem opatrzyłem ranę.

Po skończonych zajęciach przechadzałem się po mieście. Zainteresowało mnie ogłoszenie w sprawie pracy dorywczej. Nie zaszkodziło by spróbować. Wszedłem więc do warsztatu stolarza i się przedstawiłem. Powiedzieli mi że mam przyjść w piątek by ustalić parę rzeczy.

Gdy wróciłem do akademika było już po kolacji. Pod drzwiami znalazłem list od dyrektorki. Dotyczył on kuratora i mojej terapii. Co miesiąc 15 miałem się zgłaszać u kuratora a co tydzień w piątki miałem terapię u jakiegoś psychologa. U kuratora raczej stawiać się będę ale co do terapii... Raczej sobie odpuszcze.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki